Ten tydzień był specyficzny. I nie mam na myśli tylko tego, że biegałem w górzystym terenie, skacząc w kopnym śniegu albo drobiąc na zlodowaconych odcinkach szlaku. Nie chodzi mi też o cudowną, choć zmienną pogodę, ale o to, że w tym tygodniu skupiłem się na treningu odpowiadającym specyficznym wymaganiom biegów górskich.

Nigdy nie byłem zwolennikiem naprawdę długich wybiegań i przygotowywania się do ultra robiąc masywne treningi. I nie zrozum mnie źle – nie chodzi o to żeby nie trenować ciężko, ale o to, że często nie ma potrzeby przygotowywać się do biegania setek robiąc na treningu połowę czy trzy czwarte tego dystansu. Jeśli nie jesteś zawodowcem to prawdopodobnie wystarczy kumulacja obciążeń treningowych czyli dłuższe i cięższe treningi wykonywane dzień po dniu.

Kiedy zrobić w górach 30, 40 kilometrów zbierając po trasie półtora czy dwa tysiące metrów przewyższenia sensownie jest odpocząć dzień czy dwa i dać sobie czas na regenerację (piszę na własnym, osobistym, przykładzie).

Jeśli jednak chcesz uzyskać efekt treningowy podobny do wykonania jednej, bardzo długiej, jednostki postaw na treningi dzień po dniu, wykonywane na zmęczeniu i bez pełnej regeneracji. W taki sposób na przestrzeni kilkudziesięciu godzin zbierzesz całkiem niezłą objętość, a przy tym zagwarantujesz sobie szybszą regenerację niż po jednym, bardzo wymagającym, treningu. Przy okazji takie podejście odda obciążenia podobne do tych, które stają się Twoim udziałem np. podczas zawodów na długich i wymagających trasach.

Nie będę dzisiaj opisywał wypadu w Beskidy zrealizowanego w mijający już weekend – o tym będzie jutro. Mam kilka fotek i sporo słówek z których powinienem dać radę ulepić jakąś mniej lub bardziej zgrabną opowieść. W sam raz dla Was, spragnionych górskich opowieści, wędrowców. Zaraz, zaraz, to chyba ja tu jestem tym wędrowcem! Nuże karczmarzu, dorzuć drwa do ognia i przynieś jeszcze garniec lub dwa spienionego piwa, a i nie zapomnij o antałku tej korzennej gorzałki, co ją schowałeś na mój widok!

Dzisiaj po prostu podsumowanie w kilku zdaniach i liczbach:

4 treningi biegowe –  z tych górskich najkrótszy to niespełna 10, najdłuższy 34 kilometry.

2 i 0,5 treningu wspierającego mobilność i stabilność – ostatnie pół zrobiłem zanim usiadłem do pisania tego tekstu. Przećwiczyłem staw skokowy który przez ostatnie dni mocno się napracował.

1 trening siłowy i wzmacniający – zrealizowany w środę i z nieco mniejszym obciążeniem. Przeczuwałem, że za dwa dni mogę ciorać się po górach.

Liczba treningów: 4

Kilometraż: 80,8km

Przewyższenia: 4225m

Kiedy biegam wokół komina to tygodniowo zbieram jakieś 100-150 metrów przewyższenia. Wychodzi na to, że w górach jest zdecydowanie mniej płasko.

W nadchodącym tygodniu w planach regeneracja czyli zmniejszam objętość i obciążenia, ale swoje robię. Do przeczytania w historii z Beskidów herbatą myśliwską pisanej.

Zdrówko!