‘Zdrowo, radośnie, świątecznie, w gronie rodziny lub swoim własnym – święta to czas dla Was!’ Zabrzmiało jak marny tekst ze świątecznej kartki zatem raz jeszcze od początku.

Czasem pytacie (w grudniu zwykle częściej niż w lipcu) jak przeżyć święta na keto? W domyśle znajduje się oczywiście pytanie o to, jak być keto i siąść do stołu na którym potrawy często mają tyle wspólnego z niskowęglowodanowym jedzeniem, ile kaktus ze szczoteczką do zębów! Zwłaszcza jeśli nie wszyscy domownicy są keto albo wyprawiacie święta dla rodziny czy po prostu wyjeżdżacie w odwiedziny na mamy, babci czy teściowej.

Odpowiedzi można mnożyć – słyszałem pomysły o przygotowywaniu dwóch wersji potraw, pieczeniu ciast bez mąki i cukru (to akurat niemal wszystkim smakuje), odmawianiu sobie wszystkiego, co wysokowęglowodanowe, a nawet o zabieraniu pudełek z własnym jedzeniem. Pozwólcie zatem, że przedstawię Wam alternatywny sposób, który, jestem pewien, większości się spodoba, a mniejszość zawsze może zrobić po swojemu.

Zacznę od krótkiej lekcji matematyki (co?) Nie jestem specem od wszystkich świąt, ale intuicja podpowiada mi, że gdybym zebrać do kupy wszystkie w ciągu roku naliczylibyśmy pewnie 10 dni takich wiecie, wybitnie świątecznych i połączonych z radosnym biesiadowaniem.

Rok ma 365 dni. 10 dni to w zaokrągleniu jakieś 3%.

Teraz wyobraźcie sobie, że ćwiczycie 4 razy w tygodniu. Razy 52 tygodnie daje nam to 208 treningów, a 3% z tego to 6. Czy jeśli w ciągu roku odpuścicie sobie 6 treningów to Wasza forma legnie w gruzach?

Pewnie już widzicie do czego zmierzam – do racjonalnego podejścia.

No ale zaraz Panie wszystkowiedzący, wszak sam powtarzasz, że jeden czy dwa dni obżarstwa potrafią trochę namieszać w naszym metabolizmie! Zgadza się i dlatego czytaj dalej. 😊

Patrząc na święta Bożego Narodzenia przez pryzmat potraw i zawartych w nich makroskładników wyzwaniem jest tak naprawdę tylko wigilia ŚBN. To na wigilijnym stole pojawia się opłatek, barszcz z uszkami, pierogi, krokiety, sałatka jarzynowa, sałatka z buraczkami i śledziem, kapusta z grochem, kompot z suszu czy ciasta. Pojawia się zatem otwarte pytanie – czy inwestować w książkę z przepisami na niskowęglowodanowe dania świąteczne i gotować na kilka garnków czy może dać sobie z tym spokój?

I choć, jak wspomniałem, podejście może być różne to ja zaprezentuję Wam jedno: Jedzenie jest dla ludzi, nie ludzie dla jedzenia, a rozsądek i umiar z powodzeniem może zastąpić nam sztywne trzymanie się zasad.

Kluczem do sukcesu jest tutaj słowo ‘umiar’. Oczywiście gotowane warzywa, pierogi z białej mąki czy dosładzane ciasta nie są na co dzień najlepszym wyborem jednak zjedzone raz nie uczynią nam zbyt dużej szkody, zwłaszcza jeśli będziemy jeść te wszystko z umiarem.

Bo nadmiar węglowodanów nie jest zdrowy ZWŁASZCZA jeśli przemnożyć go przez 365 dni.

Bo węglowodany i tłuszcze nasycone razem nie są zdrowe ZWŁASZCZA w sytuacji nadwyżki kalorycznej.

Bo nadwyżka kaloryczna połączona z nietrafionymi wyborami żywieniowymi nie jest zdrowa ZWŁASZCZA gdy stosujemy ją kilka dni z rzędu.

Dlatego właśnie umiar jest tak dobrą wskazówką.

Zatem przepis na udane święta to świąteczny refeed w wersji z węglami. Podsumowując:

  1. Jeśli masz ochotę na uszka czy pierogi – zjedz.
  2. Jeśli do sałatki jarzynową lub zupę grzybową idealnie pasuje Tobie kromka świeżego, dobrze wypieczonego chleba – zjedz.
  3. Jeśli najdzie Cię ochota kawałek babcinego sernika czy makowca z dodatkiem białego cukru – zjedz.
  4. Ciast najlepiej kosztować po krótkiej przerwie, a jeśli biesiadowania nie zakłóci krótki spacer z rodziną (lub psem, ale dla ‘psiarzy’ to w sumie to samo) zrób kilkaset kroków na dworze chłonąc aurę pięknej, polskiej, zimy.
  5. Alkohol oczywiście z umiarem i to nie tylko dlatego, że są święta. Po prostu podejrzewam, że tego dnia i tak dostarczysz ciut więcej kalorii.
  6. Zachowaj zdrowy rozsądek i nie obżeraj się pod korek, bo ‘przecież są święta’. Oczywiście, że idealnie byłoby zmieścić się w kalorycznym zerze, ale jak zaczniesz ważyć opłatek i wstukiwać porcję ciasta do fitatu to bankowo skoczy Ci kortyzol. 😉
  7. Siedem punktów zupełnie jak siedem grzechów więc na koniec nie czuj wyrzutów sumienia, nie wbijaj sobie do głowy, że tego dnia ‘zgrzeszyłeś’, bo w religii grzech wymaga pokuty, a w dietetyce nazywamy to ‘zachowaniami kompensacyjnymi’.

Następnego dnia wstań, uśmiechnij się i skorzystaj z uniwersalnej rady dr Wiktora Osiatyńskiego: ‘Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie.’ Będzie dobrze, a jak chcesz żeby było lepiej to wybierz się na zwyczajny, niedzielny, trening, zjedz ketogeniczne śniadanie i odpoczywaj. W końcu od czego są święta!

Spokojnych Świąt i…

Zdrówko!

PS. Osobom z dobrą elastycznością metaboliczną jeden taki dzień nie zaszkodzi więc tym bardziej zero powodów do zmartwień. Osoby z dłuższym stażem na keto i tak nie sięgną po większość wigilijnych specjałów, bo z czasem po prostu przestały im smakować. A osoby fanatycznie trzymające się diety i niskich węgli i tak nie skorzystają z podanych rad zatem nie widząc żadnych niebezpieczeństw mogę spokojnie zacząć swoje przygotowania do świąt.